Stać mnie na czekoladowe cukierki – czyli o tym, że nie lubię wścibskich bab.

Ferie zimowe się skończyły. Dwa tygodnie jak z bicza strzelił. Dwa tygodnie w czasie których miałam u boku rodziców i siostry, czego na codzień nie doświadczam, w związku z tym codzienność była jakby lżejsza i przyjemniejsza.

Po pierwsze nie musiałam gotować. Może nie wszyscy wiedzą, że taka ze mnie kura domowa, co to nie znosi gotować (kura co nie znosi… 🤔). Mama gotowała dla nas dzielnie, codziennie dla 10 – 11 osób. Taka to moja mama – bohaterka w swojej kuchni. Poza tym miałam ferie, więc innych obowiązków też miałam niewiele. Musiałam mocno się starać, aby zdążyć przed mamą powiesić czy wstawić pranie, ale że nie wstaję o szóstej rano, to rzadko mi się to udawało…

Po drugie nie musiałam wszystkiego robić z Pisklakiem u boku. Mogłam spokojnie zostawić go z kimś, kto akurat był w pobliżu, chętnych nie brakowało – tutaj brakuje, nie tyle chętnych, co w ogóle ludzi obok (w mieście ludzi dużo, w domu mniej).

Po trzecie była prawdziwa zima, ale to już wiecie z moich feryjnych wpisów tutaj i tutaj. Mogłam cieszyć się jak dziecko ze śniegu, z nart, z tego, że w mroźny poranek śnieg pod butami zgrzypi (skrzypi tudzież zgrzyta – po góralsku ZGRZYPI).

Miałam rodzinę u boku, spotkałam się z koleżankami i kolegą z liceum, zaplanowaliśmy dużą, rocznicową imprezę na przyszły rok. Odwiedzałam prababcię, która postanowiła już nie wstawać z łóżka i wyznam wam w sekrecie 😉, że bardzo mnie wzruszyła gdy zdjęła pierścionek z palca aby mi go dać.

Tak. To były dobre dwa tygodnie z rodziną. Doładowałam baterie. Odpoczęłam. Kogut dołączył na koniec tygodnia i razem wróciliśmy do domu, tego tutaj, bo tam też dom, tylko tam…

Poniedziałek obudził nas w nowym semestrze starymi obowiązkami. Pobudka na budzik, śniadanie na czas, już, już, żeby zdążyć na pierwszą lekcję do szkoły.

Poszli. Uff. Zdążą. Teraz pranie, sprzątanie, zakupy, obiad, Pisklak znów towarzyszy we wszystkim. Słodziak. Pomaga. Trochę wiesza pranie, trochę je zdejmuje, trochę układa sztućce, trochę ucieka z nożem do pizzy, trochę siusiu na nocnik, trochę dla zabawy do klocków. Serpentyny zrobił z papieru toaletowego, żeby było ładnie w mieszkaniu – tylko sześć rolek rozwinął zanim się zorientowałam. Kochany taki, ciągle dba o to, aby mama się nie nudziła.

Idziemy na zakupy? Idziemy. Do Lidla.

Szlag by to…. Nie wzięłam portfela. Ale może coś w kieszeniach, gdzieś luzem w torebce.

Nieźle. Uzbierałam 31,43 zł. Kupimy za to coś na obiad a może nawet coś na kolację. Pisklak uparcie próbował NAKUPOWAĆ, dzielnie odkładałam wszystkie nadprogramowe rzeczy. Przy orzechach spędziliśmy jakieś dziesięć minut – te łopatki do nabierania… no nie sposób się im oprzeć. Jeden migdał cichaczem wylądował w buzi… Jak za niego zapłacić?

-Tylko dobrze pogryź kochanie i połknij zanim dojdziemy do kasy 😉

No przecież nie każę mu odłożyć na miejsce, już nadgryzionego orzeszka. Po dłuższym wędrowaniu po sklepie, idąc śladami Pisklaka, ostatecznie zgodziłam się na kilka cukierków czekoladowych na wagę (wiadomo, że zjem je sama, on dostanie jednego). 😊

Przy kasie trochę nerwowo przeliczam wartość produktów, trochę mi gorąco (kurtka ta sama co w górach, tu okazała się być za ciepłą), trochę mi się dziecko kładzie na podłodze (dla przyjemności własnej) trochę zrzuca torby papierowe… Publiczność już mamy… wiadomo…

-Mamo jajo! Mamo! Ja jajo!

-Nie kochanie, już mamy cukierki czekoladowe, tylko musimy zapłacić…

Mówię tak łagodnie jak tylko potrafię. O dziwo Pisklak nie nalega dłużej, więc tym większe jest moje zdziwienie, gdy słyszę głos jakiejś pani Pelargonii, stojącej za nami:

-To ja ci kochanie kupię jajko niespodziankę.

Wooow! Zagotowało się we mnie. Zazwyczaj ignoruję wszelkie komentarze, ale nie tym razem. Co za bies mnie pokusił?

-Stać mnie na jajko proszę pani, tylko nie kupuję, bo synek już ma coś słodkiego.

Odpowiedziałam siląc się na uśmiech. Pani zaczęła się tłumaczyć, bełkotać coś, że ona tylko chciała dziecku, że przecież chciał, że tam zabawka, że może kupić…

Atmosfera zrobiła się gęsta, cisza zapadła jakby w całym sklepie. Przyszła moja kolej, Pisklak usiadł pod oknem, obserwowałam go kątem oka, drugim kątem zerkałam na kasę na której pojawiła się kwota 31,73 zł. a w ręce 31,43…

Nie dość, że nie stać mnie na jajko, to nawet nie stać mnie na to co już wzięłam. 😤 I co teraz? Wyjąć jednego cukierka z woreczka?

Odwróciłam się do wścibskiej baby.

-To niech mi pani pożyczy 30 groszy, skoro chciała pani pomóc…

Dała. Bez namysłu, ale ja zdążyłam jeszcze sięgnąć do innej kieszeni i znalazłam złocisza. Kasjerka zaczęła oddawać,zrobiło się lekkie zamieszanie, z którego wyrwało mnie wołanie jakiejś innej pani:

-Chłopaku! Nie uciekaj mamie!

I zobaczyłam jak otwierają się drzwi przed biegnącym Pisklakiem… Złapałam za kaptur, oczywiście porzucając kasę z drobnymi i z zakupami… Pobliczność miałam już znacznie większą ale po minach można było stwierdzić, że nie czekają na bis. Gdy w końcu odblokowałam kasę usłyszałam jak wścibska baba, która zdążyła być pomocną i życzliwą kobietą, mówi do kasjerki zerkając na moje czekoladowe cukierki:

– A jednak kupiła mu coś słodkiego!

No co za wścibska baba.

PS. Radzę sobie. Gdybym była bardziej poukładana, pewnie nie zapomniałabym portfela, ale też nie miałabym po kieszeniach i luzem w torebce odpowiedniej ilości drobnych 😉

19 myśli na temat “Stać mnie na czekoladowe cukierki – czyli o tym, że nie lubię wścibskich bab.

  1. Świetnie radzisz sobie. To są normalne sytuacje z dzieckiem w tle. A Pisklak jest bardzo kreatywny, skoro serpentyny robi właściwie z niczego. A ludźmi nie ma co się przejmować, bo wścibstwo nie jest jeszcze najgorszą wadą. Ludzie potrafią być do tego okrutni i nie przebierają w słowach.
    Serdecznie pozdrawiam

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Ultro, Pisklak daje mi codziennie możliwość abym na koniec dnia mogła powiedzieć „dałam radę” 😊 Jest jak trener personalny 😁. Ludzie wokół są różni, jakoś trzeba współistnieć… Pozdrawiam serdecznie. 🐔

      Polubienie

  2. Jak można zaoferować kupienie czegoś słodkiego obcemu dziecku? Zagotowało się we mnie w trakcie czytania. Rodzic mówi nie – to znaczy nie. Przecież nie znamy historii, może rodzice nie chcą go karmić słodkimi rzeczami bo mają takie przekonania, może już coś wzięli, a może młody nie może ich jeść bo ma uczulenie? Z mojej perspektywy dziecka uczulonego na 90% słodkości, wiem jak ciężko moim rodzicom było mi odmawiać. Ale było to dla zdrowia. Gdyby ktoś tak zaoferował to tylko skrzywdziłby taką „dobrocią” i mnie (bo bym się nastawiła) i moich rodziców (bo i tak musieliby kategorycznie zabronić).
    Generalnie jestem zdania, że dopóki dziecku nie dzieje się krzywda, dopóty nikt obcy nie ma prawa ingerować w wychowanie.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Masz rację pkropko. Ograniczam Pisklakowi słodycze ze względu na zdrowie, nie ma na szczęście alergii, ale to ja wiem ile danego dnia mogę mu pozwolić i czy w ogóle a nie obca osoba. Niestety starsze panie często myślą, że w związku z tym, że są stare, to wiedzą lepiej 🙂 a do tego myślę, że to efekt życia w dawnych biedniejszych czasach, kiedy odmawiano dzieciom przede wszystkim ze względu na brak pieniędzy. Na szczęście u mnie zwykle tak bywa, że tego typu sytuacje los przerabia na komedie 😉 Pozdrawiam serdecznie. 🐔

      Polubione przez 2 ludzi

  3. Nie dość, że wścibska to jeszcze nie dosłyszy – mówiłaś przecież, że już kupiłaś coś słodkiego. Poza tym, co to za kupowanie słodyczy obcym dzieciom, które są pod opieką rodziców. Świat staje na głowie. Witaj w domu 🙂

    Polubienie

  4. Muszę ci powiedzieć, że wpis pełen emocji – najpierw mnie wzruszyłaś babcią i pierścionkiem, potem wkurzyłaś durną babą, a na koniec rozśmieszyłaś pożyczając od niej kasę 😀
    „Mama, jajo!” śni mi się po nocach. To najczęściej słyszane i najbardziej „znielubiane” przeze mnie słowo.

    Polubione przez 2 ludzi

          1. Ahahaha!
            No tak.
            Nie pamiętam czy za czasów moich starszych dziewczyn też były, ale chyba nie. Albo nie były tak popularne.
            Ale właśnie przekazałam Tomaszowi, że nie jesteśmy jedyni, że łączysz się z nami w bólu 😀

            Polubienie

  5. Popatrz pani – a u nas „mama, jajo’ oznacza żądanie jaja od kury – które jest reglamentowane na okoliczność białka, a kochane na okoliczność… nie wiem, jajowatości? Żaba kocha ‚jajo’ i już się boję czasów, kiedy odkryje, jak otwierać lodówkę. Na zakupy z Żabą chodzi tylko Tatuś, zeszłabym na zawał z wyjcem.
    W jakimś serialu gdzieś kiedyś bohaterowie szukali drobnych w kanapach i na podłodze, bo im karty anulowano… mogliby się uczyć od Ciebie XD Też byś przeżyła, nawet bez obszukiwania domu…

    Polubione przez 1 osoba

      1. A ja właśnie zaczytuję się w Tobie. Jestem przy zazdrości. Pozdrawiam. Wrócę wieczorem, bo teraz biegnę do pracy. Salon Mabe Care na Starówce Gdańska. Masuję. Do poczytania, całuję małego, słodkiego Okruszka Twego

        Polubione przez 1 osoba

          1. Zajrzyj. Myślę, że podobne jesteśmy. Tylko moja trójka Kurczątek już wyfrunęła z gniazda, a ja szaleję, czyli cieszę życiem!!

            Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s