Maszyna niezbędna do życia.

Przyjechałam do Poznania po wiedzę.

Po wiedzę, umiejętności, wrażliwość, kreatywność, po duże i małe doświadczenia, które zrobią ze mnie dobrą projektantkę. Pamiętajmy, że miałam wtedy ostatnie „naście” lat, więc mogłam planować to, jak będzie wyglądała moja przyszłość. Plany mogły być śmiałe, szalone i naiwne – ograniczała mnie jedynie moja wyobraźnia. Tak więc ośmielałam się myśleć o sobie w kategorii artystki, dodawało mi to skrzydeł, obrastałam w piórka za każdym udanym rysunkiem ( nie myślałam wówczas, że to kurze piórka rosną – taki suprajs ! ). Na szczęście, albo nawet na nieszczęście natura wyposażyła mnie również w zdrowy rozsądek. Cholerny rozsądek, który szybko sprowadził mnie na ziemię, który zmuszał mnie do przyglądania się temu co potrafią nowo poznawane osoby. Matulu, jakie ja zdolne bestie na swojej drodze spotkałam ( Kasia K. , Ania B. , Alicja J. – moje ulubienice – możecie się ujawniać w komentarzach, jeśli macie ochotę 😉 i kilkoro innych ) Szybciutko ustawiłam się w odpowiednim szeregu, chociaż pewności siebie miałam coraz więcej, to i tak wiedziałam, że brakuje mi warsztatu, polotu i talentu. Nie poddawałam się, myślę że dałam z siebie tak dużo jak mogłam. Moim atutem szybko okazały się umiejętności krawieckie, które nabyłam w Zakopiańskiej szkole. Potrafiłam uszyć wszystko to, co narysowałam.

Dźwigał ktoś kiedyś maszynę do szycia Łucznik ?

Taką starą z lat 80-tych? To ustrojstwo waży pewnie tyle co połowa mnie w tamtym czasie ( czyli jedna trzecia mnie z dzisiaj 😛 ). Postanowiłam przywieźć ją do miasta, aby szyć to co narysuję i to czego rysować nie będę musiała. Do pociągu odprowadził mnie tata, zaniósł maszynę do przedziału, a resztę radź sobie sama dziewczyno… Po jedenastu godzinach w pociągu – Poznań Główny, wysiadka. Tup tup, krok za krokiem, korytarzem dostałam się do drzwi, przesuwając maszynę po trochu. Jakoś zniosłam ją ze stopni wagonu. Teraz jakieś trzy godziny szarpania się z nią, wyciągnięte ręce, obolałe plecy, krew, pot, łzy i dotrę do mieszkania – taka wizja.

Na szczęście zdążył się we mnie zakochać.

Chłopak poznany kilka tygodni wcześniej pojawił się na dworcu jako ten wybawiciel. Przyszedł po mnie, chociaż wcale nie musiał, heh widocznie musiał – serce mu kazało 🙂 . Moja radość na jego widok była ogromna. Może nawet zbyt ogromna. Wprowadziłam nieszczęśnika w błąd – potem jeszcze długo myślał, że to jego obecność sama w sobie, tak mnie ucieszyła, a ja podła ucieszyłam się, że pomoże mi nieść tę niezbędną do życia maszynę do szycia. Był wysoki, ale chudziutki bardzo, obawiałam się troszkę o niego, gdy patrzyłam jak ją dźwiga, ale nie dałam się ponieść współczuciu, dzielnie wmawiałam sobie, że to przecież o wiele łatwiejsze dla niego niż dla mnie. Droga z dworca na przystanek daleka, a ja przecież byłam zmęczona podróżą. Chłopak się spisał. Gdyby nie on, mogłoby dojść do tragicznych wydarzeń, mogłam np. w przypływie słabości zostawić tę maszynę gdzieś w pół drogi, porzucić…

Bez maszyny byłabym w mieście nikim!

A przecież chciałam być kimś, chciałam coś znaczyć. Tamtego dnia byłam wdzięczna, że chłopak zdążył się we mnie zakochać tudzież myśleć, że się zakochał 😉 Prawdę mówiąc, za tamtą pomoc, pozostanę mu wdzięczna na zawsze. Tamtego dnia nie miałam pojęcia, że przyjdzie mi tułać się z tą maszyną po mieście jeszcze dziewięć razy, że nie zazna spokoju i cichej przyjaznej pracowni, w której mogłaby zszywać kreacje na miarę mistrzów ( chociaż ciągle szyła „na miarę” ) . Z każdą kolejną przeprowadzką, maszyna była jednym z najważniejszych elementów. Z czasem dołączył do niej manekin – stanowili cudowny duet, najlepiej prezentowali się w tramwaju – myślę, że się podobali, nie było osoby, która by nie spojrzała w ich stronę ( w naszą stronę ) 🙂 Tak, tak. Przeprowadzałam się tramwajem – pierwsze kilka razy, potem urosło rzeczy i ludzi, przeprowadzaliśmy się już w bardziej przeprowadzkowy sposób.

Chociaż relacja z chłopakiem skończyła się jeszcze tej samej zimy ( nie sposób być z kimś, kto nosi w portfelu zdjęcie swojej byłej dziewczyny, która to jest łudząco podobna do mnie a co druga opowieść chłopaka dotyczy tej właśnie dziewczyny ) , to relacja z moją maszyną trwała długo, a chłopak dzięki swojej dżentelmeńskiej postawie przyczynił się do wzmocnienia mojej pozycji w mieście, do wzmocnienia mojego poczucia wartości i możliwości wzmocnienia mojego portfela.

Cel -zdobyć klientki! Internetowe platformy nie dawały jeszcze możliwości sprzedaży, reklamy i kontaktów z innymi, jak to dzieje się teraz. Internet już hulał, wiadomo, ale potrzebny byłby jeszcze chociażby komputer i jakiś dostęp do niego – z tym było trudniej i szczerze mówiąc, nie przyszło mi do głowy z tego korzystać. Jak zwykle w takich przypadkach zadziałała poczta pantoflowa. Jedna baba, drugiej babie… i tym sposobem zawsze miałam coś do uszycia, nie dużo, ale akurat tyle ile byłam w stanie uszyć, nie narażając na szwank moich obowiązków względem uczelni, względem przyjaciół i względem zaprzyjaźnionych „klubów” 😉 . Na wszystko musiałam znaleźć czas. Wszystko to wówczas uwielbiałam. Samodzielność sprawiała, że czułam się dorosła…

Pewnie żadnej z nas nie przychodzi do głowy, że można być bardziej dorosłym. Gdy osiągniemy dorosłość wymaganą przez prawo, te magiczne osiemnaście lat, potem jeszcze jeden rok życia i kolejny… wydaje się , że oto własnie jestem dorosła. Mam swoją maszynę i jestem panią swojego losu. Nie przychodzi nam wtedy myśl, że za dziesięć czy dwadzieścia lat, dopiero zbiór życiowych doświadczeń uczyni nas prawdziwie dorosłymi. I nie mam na myśli starości ( ta niestety często przynosi zdziecinnienie ) , nie chcę też mieszać w to dojrzałości ( ta z kolei nieraz jest cechą nawet bardzo młodych osób) . Mam na myśli dorosłość, która jak nigdy wcześniej ( a może też nigdy później ) sprawia, że możesz podjąć samodzielnie decyzję w każdej sferze swojego życia. Dorosłość, która już nauczyła, że samodzielność, to też umiejętność proszenia o pomoc ale też zrezygnowanie z niej kiedy jest nieszczera i budzi w tobie złe emocje. Dorosłość, która mówi ci, że posiadanie maszyny nie stanowi o życiu, a to , w jaki sposób z niej będziesz korzystać…

Ps. Radzę sobie w metropolii.

Znalazłam świetny punkt naprawy maszyn do szycia. Naprawiają mi je, kiedy to źle z nich korzystam ( dorobiłam się overlocka, więc dlatego „je” i „nich”) 🙂 ❤

3 myśli na temat “Maszyna niezbędna do życia.

  1. Ach te Maszyny…
    Takie ciężkie, ale życie dzięki nim jest trochę lżejsze, no chyba, że trzeba je wozić tramwajem z miejsca na miejsce 😋

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s