Mieszkanie z duszą.

Do życia niezbędnych jest kilka drobiazgów: coś zjeść, czegoś się napić, jakiś przyjaciel i dach nad głową. Tyle! O tyle trzeba samemu zadbać, reszta jakoś przyjdzie z czasem ( z czasem zmieniłam zdanie i potrzeby były większe, ale wtedy… ) Młoda Kura, która dotarła do wymarzonego miasta, robiła co mogła aby zaspokoić te podstawowe potrzeby. I tak jak akceptowała to, że do żołądka trafia co tam się nawinie (oj wówczas na winie raczej nie gotowałam) , tak w kwestii przyjaciół i dachu nad głową starała się nie brać jak leci…

Pierwsze mieszkanie jakie wynajęłam było w centrum miasta, w starej kamienicy. Znalazł je Zaprzyjaźniony Przyjaciel Przyjaciela, który już od kilku lat mieszkał w Poznaniu. Zamieszkaliśmy razem.

…i żyliśmy długo i szczęśliwie…

Nie,nie! To nie ta bajka! 😉 Żadne z nas nie było sobą zainteresowane.

Zamieszkaliśmy w piątkę. Ja, Zaprzyjaźniony Przyjaciel Przyjaciela, Przyjaciel, i dwie Kumpele Przyjaciela. Wszystko jasne? Oni wszyscy pochodzili z mniejszego miasta a ja jedna dołączyłam z dalekiej wsi. Mieszkanie było cudowne! Stare, ogromne z ogromnymi łóżkami i okrągłym ciężkim stołem. Pod sufitem wisiał duży, szklany żyrandol a sufit był aż pod niebem ( na wysokości 3 metrów – to przecież jak pod niebem). Widywałam takie w filmach. Byłam zachwycona! Wszystko stare, z poprzedniej epoki – no wymarzone miejsce ( dla nieopierzonej artystki ) na artystyczny rozwój. Mieszkanie z duszą! Ogromne okna, z szerokimi parapetami, na których można było siadać i obserwować miejskie życie. Za oknami? Za oknami inne stare kamienice a historia w nich zapisana aż wyłaziła na zewnątrz ( z niektórych dosłownie – wypadały kawałki cegieł i tynku) . W dole jeździły tramwaje ( wspominałam już o nich tutaj ) , jakby zawieszone na ścianach kamienic. Przyglądałam się. Cieszyłam oko. Wszystko było inne od tego co znałam. Odkrywałam uroki miejskiego życia. Po to tutaj jestem – myślałam wtedy – aby poznawać inne życie… . Próbowałam się przyzwyczaić.

Ale do jasnej cholery !

Jak można się przyzwyczaić do tego, że co pięć minut trzęsie całym budynkiem, a hałas jest taki, że nie słychać własnych myśli? No jak? Jak można cokolwiek narysować, zaprojektować kiedy wieczorem z ulicy niesie się tylko poznański gwar ( poznańska gwara też, tej! ) i dźwięk muzyki z trzech pubów na dole? Jak można utrzymać ołówek w ręce, kiedy w tym domiszczu całe ciepło wisi gdzieś wysoko pod sufitem, a przez szpary w oknach wiatr hula w te i we w te? No jak? Jak cieszyć się z powrotu do domu po zajęciach , kiedy na progu wita cię kałuża sików jakiegoś dżentelmena? Jak zachować spokój , kiedy zostawiasz klucze w mieszkaniu, a te piękne, zdobione, ogromne ( jak wszytko tutaj) drzwi, nie mają normalnej klamki tylko jakąś kulkę ? Zatrzaskują się i zostajesz na klatce schodowej aż do powrotu współlokatorów! Albo kiedy próbujesz otworzyć te dziwne drzwi, tym dziwnym kluczem i dopiero po kwadransie orientujesz się, że to nie te drzwi nie na tym piętrze- słowem: nie twoje mieszkanie ?

We wsi takich problemów nie miałam.

Gdy z pewnych przyczyn musieliśmy opuścić to mieszkanie, pomimo wszystkich jego wad, bardzo żałowałam…

To właśnie tam zaczęłam moją przygodę z miastem. To tam trzęsąc się z zimna, szykowałam się na moje pierwsze zajęcia. Do dzisiaj pamiętam to uczucie, lekki ścisk w żołądku i przyspieszone bicie serca… Październik po kilku dniach utonął w słońcu, więc można było się ogrzać idąc przez park ( dziś w tym miejscu stoi Stary Browar, wtedy były tam resztki jakiegoś starego browaru, maleńki stawik z kaczkami i duży kawał zieleni – tak to zapamiętałam). To do tamtego mieszkania zaprosiłam na kawę, moją nowo poznaną koleżankę, która stała się moją najlepszą przyjaciółką na całym świecie ( z czasem świat nas od siebie oddalił ale i tak jest najlepsza! ) To w tamtym mieszkaniu wydarzyło się jeszcze kilka niesamowitych rzeczy, o których kiedyś napiszę…

Albo lepiej nie 😉

4 myśli na temat “Mieszkanie z duszą.

  1. Nic nie rozumiem. Jesteś artystyczną duszą, chłoniesz uroki miasta, a nick masz jakoby jesteś kurą domową, czyli taką, która nie rozwija się, bo jedynym celem jest podawanie obiadków i kapci mężowi.
    No więc jak to jest?
    Zasyłam serdeczności

    Polubienie

    1. Odpowiedź można znaleźć czytając wpisy od początku. Jest ich niewiele póki co, więc zapraszam do lektury. Ale tak, jestem Kurą Domovą ale zanim ją zostałam byłam artystyczną duszą, i w sumie jedno nie wyklucza drugiego. Kury Domove potrafią się rozwijać i tworzyć 😉 aha i nie podaję kapci mężowi, jest bardzo samodzielny i wie gdzie je znaleźć 😉 Pozdrawiam

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s